Connie mieszkała w niewielkim domu, któremu już dawno powinno się zrobić nową elewację. Znałem ją i wiedziałem, że nie chodzi tu o brak funduszy, a jedynie o jej niestaranność. Ta chuda kobietka nieraz wywoływała u mnie odczucie zgrozy, gdy rzucała na płytki podłogowe niedopałek papierosa, by później przydepnąć go szpilką. Na podłogę w kuchni, należałoby dodać. We własnym domu.
Tej nocy, gdy Connie otwarła drzwi, w nozdrza uderzył mnie specyficzny zapach opuszczonych domów. Trąciło kurzem i... pustką. Kobieta zapaliła światło w przedpokoju, powiesiła torebkę na klamce od wejściowych drzwi, a następnie zrzuciła niedbale buty ze stóp. Przetarła dłońmi twarz, przez co pojawiły się na niej ślady czarnych smug, najpewniej powstałe przez wykruszony tusz do rzęs.
Weszliśmy do pokoju. Od razu sięgnąłem po laptop, leżący na niskiej, prostej ławie, uprzednio zsuwając z niego biały proszek. Rzuciłem okiem na Connie. Stała teraz przy oknie, wpatrując się w oświetloną latarniami, opustoszałą ulicę. Od kiedy brała narkotyki?
