piątek, 9 listopada 2018

Pewnego razu w Queens #1

Podobny obrazSkrzyżowanie Main Street z Reeves Ave i  146 Ulicą  tej nocy było całkowicie nieprzejezdne. Budynki otaczające uczęszczane miejsce migały, mieniąc się to na niebiesko, to na czerwono. Wraz z nimi swój kolor zmieniały twarze zgromadzonych ludzi, próbujących dojrzeć coś zza samochodów policyjnych i karetek pogotowia. Pokaźny jak na trzecią nad ranem tłumek za nic miał groźby policjanta patrolowego, próbującego pozbyć się cywili z miejsca zdarzenia, które miało na zawsze odmienić Nowy Jork, a o którym nikt jeszcze tak nie myślał. W ogóle tej nocy, w tym miejscu ciężko było myśleć o czymkolwiek poza tym, co służby mundurowe usiłowały skryć przed ludzkim wzrokiem. Tyle udało mi się wywnioskować, gdy przybiegłem na miejsce po telefonie do Connie, jednej z moich informatorek.
Telefony po drugiej w nocy zawsze przynoszą ciekawe informacje. Tego się nauczyłem. Jeśli coś nie może poczekać do rana, to równocześnie ma wielką wagę. Tak samo jak ściągnięcie – rozejrzałem się po otoczeniu – co najmniej ośmiu wozów patrolowych. Nie było jeszcze tych z New York Timesa, miałem przed sobą szansę życia. 
Serce łomotało mi jak szalone, kiedy podszedłem do jednego z policjantów. Machnąłem mu przed nosem legitymacją, chowając ją od razu pod prochowiec.
– John Carter, Wydział Zabójstw – powiedziałem, modląc się, by głos mi nie zadrżał. 
– Spodziewaliśmy się Milesa – policjant spojrzał na mnie pobieżnie, po czym poprowadził mnie za taśmę odgradzającą miejsce wydarzenia od gapiów. – Miles mieszka w Queens i zwykle to on pojawiał się pierwszy do nocnych zleceń. 
Pomiędzy zaintrygowanymi głowami cywilów wyłapałem twarz Connie. Uśmiechnęła się do mnie, co wyglądało dość diabolicznie przed mrugające oświetlenie, a potem zniknęła między ludźmi. 
Policjant – Mike Wagner, o czym informowała jego odznaka – opowiadał mi tymczasem co zastał, gdy przyjechał na miejsce zdarzenia. Nie pozwolił mi od razu podejść do miejsca, które interesowało mnie najbardziej: tego, w którym leżało coś przykrytego czarną folią. 
– Byłem tu pierwszy – mówił Wagner – jeszcze zanim przyjechał jakikolwiek inny patrol. Tyle szczęścia, że nie znalazł tego cywil... – Policjant wyciągnął z kieszeni paczkę Chesterfieldów, drżącymi rękami wysuwając papierosa. Gdy umieścił filtr między wargami, kontynuował, przeszukując kieszenie. – Widziałem to i... I nie mogłem nie wezwać posiłków. –  Zwitek tytoniu wypadł mu z ust na mokry asfalt. Wagner zaklął, a gdy wyciągnął kolejnego papierosa, podałem mu moją zapalniczkę. 
– Dziękuję panie... – urwał, próbując przypomnieć sobie moje nazwisko. 
– Carter – podpowiedziałem. – Co właściwie zastał pan na miejscu? – Starałem się brzmieć profesjonalnie.
– Jest pan forensykiem, jak Miles? – Upewnił się Wagner, oddając mi zapalniczkę. 
Kiwnąłem głową. Cieszyłem się, że nie ogoliłem dziś twarzy. Spod zarostu widać znacznie mniej detali, co za tym idzie, moja gra aktorska była ułatwiona. 
– Chce pan poczekać na resztę kryminalnych, czy zerknąć samemu?... 
Po minie pulchnego policjanta wnioskowałem, że pod czarną folią musiało znaleźć się coś przerażającego. Coś, co zagwarantuje mi sławę. Coś, czego nawet ta suka Collins nie zbagatelizuje. 
– Nie ma potrzeby, żebym na nich czekał. Zrobię zdjęcia, nim wedrze się ktoś z prasy. 
Wagner pokiwał gorączkowo głową. 
– Panie Carter... Czy ja mógłbym tam... Nie wracać? – Oczy funkcjonariusza były przerażone.  Z jego ust wydobywał się z wolna dym.
– Oczywiście – odpowiedziałem, podchodząc do folii. Chwilę się wahałem, ale ostatecznie odsłoniłem to, co wywołało przerażenie u Mike'a Wagnera. 
Stłumiłem odruch wymiotny; odsłoniłem obiektyw wiszącego dotąd na szyi aparatu i już chwilę później, pomiędzy czerwonymi i niebieskimi odblaskami, polegał się nieregularny, biały błysk flesza. 
– Kto to jest? – Usłyszałem za plecami męskie głosy. 
Zerwałem się z miejsca, mijając zdezorientowanego Wagnera. Ile sił z nogach opuściłem to miejsce, szukając wzrokiem samochodu Connie. Nie zawiodła mnie: czekała kilkanaście metrów dalej, miała już odpalony silnik. 
– Dzięki – powiedziałem, zamykając za sobą drzwi samochodu. Odjechaliśmy z piskiem opon. 
– Nie ma za co. – Wzruszyła ramionami. – Wracałam z roboty. Co tam właściwie się stało? – Dziewczyna zmieniła zdecydowanym ruchem bieg. Z jej czerwonych włosów spadło trochę brokatu. 
– Nie wiem – powiedziałem, opierając głowę o zagłówek. – Pokażę ci zdjęcia, ale nie mam pojęcia, co tam właściwie się stało.
– Zaryzykujesz publikację z rana? – Connie skręciła w Peck Ave. 
– Po to żyję. – Zaśmiałem się gorzko. – Czemu miałbym tego nie zrobić?
– Bo gliny będą wiedziały, kto podał się za jednego z nich. – Nacisnęła pedał hamulca, zatrzymując się pod swoim domem. – Nie wydaje mi się, żeby było to szczególnie legalne. – Zmęczone, ciemne oczy wydawały się całkiem czarne w świetle ulicznych latarni. Connie wyglądała ostatnio na chorą: jej zwykle blada cera była teraz trupioblada, wokół ust pojawiły się drobne, pionowe zmarszczki... Wyraźne kości policzkowe sprawiały wrażenie groteskowych.
– Ale ten temat... Nawet ci z Timesa go nie mają. Nie mają zdjęć! – zaprotestowałem. 
– Dlatego będzie to pewne, że to właśnie ty złamałeś prawo. W ogóle jak jak wszedłeś? – Dziewczyna wyciągnęła kluczyk ze stacyjki i zakręciła nim na palcu.
– Na legitymację. – Wzruszyłem ramionami. – Mówiłem przecież, że moja kręgielnia ma dziwny design. 
– Wspominałeś... – Jej spojrzenie się rozmyło na chwilę. – Chodźmy. Chcę zobaczyć, przez co straciłam prawie dwie godziny snu.

1 komentarz:

  1. Bardzo ciekawie napisane. Jestem pod wielkim wrażaniem.

    OdpowiedzUsuń