czwartek, 15 listopada 2018

Pewnego razu w Queens #2

Connie mieszkała w niewielkim domu, któremu już dawno powinno się zrobić nową elewację. Znałem ją i wiedziałem, że nie chodzi tu o brak funduszy, a jedynie o jej niestaranność. Ta chuda kobietka nieraz wywoływała u mnie odczucie zgrozy, gdy rzucała na płytki podłogowe niedopałek papierosa, by później przydepnąć go szpilką. Na podłogę w kuchni, należałoby dodać. We własnym domu.
Tej nocy, gdy Connie otwarła drzwi, w nozdrza uderzył mnie specyficzny zapach opuszczonych domów. Trąciło kurzem i... pustką. Kobieta zapaliła światło w przedpokoju, powiesiła torebkę na klamce od wejściowych drzwi, a następnie zrzuciła niedbale buty ze stóp. Przetarła dłońmi twarz, przez co pojawiły się na niej ślady czarnych smug, najpewniej powstałe przez wykruszony tusz do rzęs. 
Weszliśmy do pokoju. Od razu sięgnąłem po laptop, leżący na niskiej, prostej ławie, uprzednio zsuwając z niego biały proszek. Rzuciłem okiem na Connie. Stała teraz przy oknie, wpatrując się w oświetloną latarniami, opustoszałą ulicę. Od kiedy brała narkotyki?
Szybko skopiowałem zdjęcia do folderu na pulpicie, aby móc włożyć kartę SD z powrotem do aparatu, czyli tam, gdzie jej miejsce. Byłem kompletną przeciwnością Connie. Czasami zdarzało mi się zostawić skarpetki koło łóżka, jednak zwykle rano zbierałem je do kosza na bieliznę. W moim mieszkaniu musiał panować względny ład, bo zwykle wychodziłem w pośpiechu. Nie wyobrażam sobie szukania czegokolwiek. Dziennikarze nie mogą tracić czasu na bezsensowne rzeczy.
– Już? – zapytała kobieta, przerywając nieco lunatyczne oględziny okolicy.
– Tak – rzuciłem, włączając pierwsze ze zdjęć. 
Connie wsunęła się na sofę koło mnie, podwijając pod siebie kościste nogi. Oparła głowę o moje ramię, spoglądając na ekran.
Gdy tylko na ekranie wyświetliła się pierwsza fotografia, kobieta oderwała się ode mnie. 
– Co to, kurwa, jest?! – krzyknęła, błyskawicznie kładąc na kolanach laptopa. Zaopatrzone w długie tipsy palce energicznie przerzucały kolejne obrazki, a oczy kobiety stawały się coraz większe. – Kennet, to... dziwaczne? – W jej głosie nie słychać było pewności, ale klikała dalej, nie oczekując nawet odpowiedzi. 
Gdy ujęcia zaczęły się powtarzać, nic sobie z tego nie zrobiła. Zatrzymała się dopiero na jednym zdjęciu.
– Nie wiem, jak to opisać – powiedziałem powoli – ale jestem pewny, że FBI zadba o utajnienie sprawy.
– Na twoim miejscu zostawiłabym ten temat. – Connie zamknęła oczy. – Może to tylko ktoś z nietypową chorobą?
– To nie tłumaczy ani tego, dlaczego ciało zostało porzucone, ani tego, skąd wzięło się koło trupa to... 
Wziąłem komputer z kolan kobiety, kładąc go na swoich. Przerzuciłem kilka zdjęć, wskazując na enigmatyczny przedmiot.
– Wygląda... – urwała. – Trochę jak widelec. – Przechyliła głowę na bok, wpatrując się w przedmiot. – Choć przy tym poziomie rozmazania mogłoby być czymkolwiek. 
Czerwonowłosa pochyliła się, by spod sterty papierów i woreczków walających się po ławie wyciągnąć paczkę cienkich papierosów. Poczęstowała mnie jednym, z czego skorzystałem.
– McAllen. Jesteś totalnie pokurwiony. – Strzepnęła popiół na podłogę, wwiercając spojrzenie we mnie. Nie mogłem wyczytać nic z jej twarzy.
– Dlaczego? – Zaciągnąłem się. – Sama dałaś mi cynk.
– Tej nocy zobaczyłeś monstrum. Prawdziwe monstrum. Wyglądające jak miks wszelkich pierdolonych wyobrażeń o potworach. I przejmujesz się widelcem.
Kącik ust powędrował mi w górę. 
– Fakt. Jestem pokurwiony. 
Przełączyłem zdjęcie. Na ekranie wyświetlał się teraz trochę prześwietlony, za to całkowicie ostry obraz ciała. Przypominało człowieka, choć to nie byłaby idealna definicja stwora. Miało prawie ludzkie, wydłużone dłonie i wytrzeszczone, już całkowicie ludzkie oczy. Twarz, zwężającą się znacznie ku dołowi, pokrywały jakby drobne łuski. W jednej z rąk znajdował się fragment truchła, jednak mógł to być zarówno szop, jak i kot lub pies. Niewiele z niego zostało. Stworzenie miało oderwaną dolną połowę ciała: w miejscu przerwania tkanek, na chodnik wylewały się ograny wewnętrzne. Nie było śladów krwi.
Milczeliśmy, analizując to, co widzimy. 
– Paznokcie. – Mój głos przerwał ciszę, powodując u Connie drgnięcie. – Spójrz. – Przybliżyłem fragment fotografii. 
– Są czarne. W każdym razie na pewno ciemne. – Kiwała głową.
– I grubsze niż nasze – dodałem. – I mniejsze powierzchniowo.
– Co? – Pytanie Connie nie należało do najbystrzejszych.
– Nasze płytki paznokcia zajmują jakieś osiemdziesiąt procent szerokości palca. – Na potwierdzenie wskazałem na jej dłoń. – U tego kurestwa stanowią nie więcej niż pięćdziesiąt procent. 
– Oczy! – Connie znów zabrała mi laptop z kolan. – Spójrz. Powieki an dole są większe niż górne. Jakby... – Przysunęła twarz bliżej ekranu. – Jakby były do góry nogami.
Odchyliłem się, opierając plecy. Z oparcia jakieś ubranie spadło na podłogę. Nie poświęciłem temu uwagi. Powoli wypuściłem powietrze z ust.
– Mógłbym to opisać jako kosmitę. – Przetarłem dłonią twarz. – Wyobrażasz sobie ten szum, jaki bym wywołał w mieście?
– Tak. Zwłaszcza, że mówienie o UFO jest całkowicie racjonalne, gdy nie ma się potwierdzenia. – Oczy Connie skierowały się ku sufitowi. – Czy to aby nie ty w zeszłym miesiącu przezywałeś na Roswell? Czekaj, jak to było? – Przyłożyła palec do warg, udając, że się zastanawia. – „Nie ma kosmitów, tylko idioci mogli napisać taki artykuł”. 
– Masz jakiś inny pomysł? – rzuciłem zaczepnie. – Tamci „idioci” nie mieli dowodów. Zdjęcia do dowód. 
– Albo dobry program graficzny. 
– One są prawdziwe. Jestem szanującym się dziennikarzem.
– Nie każdy o tym wie. – Uśmiechnęła się delikatnie, odpalając kolejnego papierosa. 
Ponownie przetarłem twarz dłonią. Miała absolutną rację. Sam nie uwierzyłbym sobie w te zdjęcia. Przypomniałem sobie, jak po kilku głębszych przezywałem pismaków, śmiejąc się, że jak zdjęcie przedstawia UFO, to trzeba koniecznie mieć aparat robiący zdjęcia kiepskiej jakości. Teraz sam miałem zestaw rozmazanych, niedoświetlonych lub prześwietlonych zdjęć. Zapomniałem o zmianie czasu naświetlania, co w przypadku faceta z kilkoma okładkowymi fotografiami na koncie jest fatalnym błędem i kompletnym nieprofesjonalizmem. 
– Jest jeszcze ten widelec – powiedziałem po dłuższej chwili milczenia. 
– Gwarantuję ci, że go zabrali ze sobą. – Kobieta miała za pewne na myśli policję. 
Posłałem jej tajemnicze spojrzenie. 
– Albo i nie.
Energicznym ruchem głowy dała mi znać, bym kontynuował. 
– Gdy robiłem zdjęcia uznałem, że może się jeszcze przydać. Zrzuciłem go do kratki kanalizacyjnej. 
– Wiesz, że teraz może być już daleko stąd? – Connie nie wydawała się być zachwycona moim geniuszem. – Deszcz i te sprawy... Wieczorem strasznie lało. Marne szanse, by ta cała woda zdążyła już wtedy spłynąć. 
Uniosłem brwi. Może jej nie doceniałem? Musiałem przyznać sam przed sobą, że akurat o tym nie pomyślałem. 
– Przejdę się kanałem. – Postanowiłem w końcu. 
Connie nie wytrzymała i wybuchnęła śmiechem. 
– Byłeś kiedykolwiek w kanałach? – wykrztusiła w końcu. – Nawet nie wiesz, ile tam jest syfu. W życiu nie znajdziesz tak małego przedmiotu...
– Zobaczymy. – Nadąsałem się. Żałowałem jedynie, że nie sprawdziłem, czy owy „widelec” był metalowy. – Zwijam do siebie. Zobaczę, co można wycisnąć z fotek. 
– Odwieźć cię? – Zaoferowała kobieta. 
Pokręciłem głową. Spacer dobrze mi zrobi. Zwłaszcza, że musiałem ominąć miejsce zdarzenia. Nie mogłem ryzykować rozpoznania przez Wagnera, o ile jeszcze tam był.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz